działania niepożądane

Naczelna Rada Aptekarska apeluje do premierki i do ministra zdrowia w sprawie antykoncepcji awaryjnej. Zgodnie z orzeczeniem Komisji Europejskiej ellaOne, czyli tabletka dzień po, może być sprzedawana bez recepty. Naczelna Rada Aptekarska jest poruszona.

Prezydium NRA zaznacza, że pigułki zawierające octan uliprysalu powodują działania niepożądane, w związku z czym bezpieczniejsze dla zdrowia kobiety byłoby wydawanie ich na receptę, „zwłaszcza że jej wystawienie jest poprzedzone badaniem lekarskim”. Lekarz może – zdaniem NRA – ocenić nie tylko stan zdrowia kobiety, ale także poinformować ją o potencjalnych skutkach ubocznych.
Może prezydium rady zna się na substancjach czynnych, ale na badaniach poprzedzających raczej nie. Badaniem poprzedzającym wystawienie recepty na antykoncepcję awaryjną jest najczęściej badanie portfela – w tej chwili często tę tabletkę przepisuje się w gabinetach prywatnych, również internetowych. Zresztą tego typu środki może też zapisać lekarz podstawowej opieki zdrowotnej. Jak szeroką wiedzę z zakresu ginekologii ma internista?

Argumenty NRA są z pozoru racjonalne i powodowane troską o stan zdrowia pacjentek, ale tak naprawdę w piśmie zawarto nieracjonalną tezę, że lek „przy częstym stosowaniu może w konsekwencji stwarzać problemy z zajściem w ciążę”.
Tak, właśnie o to chodzi. Da się kobietom zielone światło, a one zaczną zażywać pigułki dzień po na potęgę. C z ę s t o. Roztrwonią stówkę za stówką (w internetowych aptekach 1 tabletka ellaOne kosztuje około 120-130 złotych) w imię możliwości.

Każdy z argumentów NRA jest nieracjonalny. Oparty na stereotypach. Dyskryminujący.
Działania niepożądane? Są na ulotce, można je dodatkowo podkreślić na opakowaniu. Aptekarze, skoro tak się troszczą o zdrowie kobiet, mogą też wspomnieć co niego przy wydawaniu tabletek. Przy sprzedawaniu zwykłego syropu mówią przecież często, jak go stosować.
Częste stosowanie?
To nie problem tabletek. Jeśli już, to między innymi wychowania seksualnego. Świadomości. Wizyta u lekarza tego nie zapewni.

Wystarczy po prostu uwierzyć w podmiotowość kobiet. I w to, że nie zaczną łykać nieobojętnych dla zdrowia tabletek pięć razy w tygodniu tylko dlatego, że wreszcie mogą.

Reklamy

przemoc pampersa

Przeczytałam nieskierowany przeciwko matkom felieton Agnieszki Kublik. Nie dało się nie przeczytać, bezwiednie przeczytałam, zostałam do tego niemal zmuszona, bo wyświetla mi go tuż przed oczami fejs, kilka grup dyskusyjnych i statystyki najpopularniejszych czytanych na gazeta.pl. Podobno on nie jest skierowany przeciwko matkom. Taki ma podtytuł: Pampers z niespodzianką. To nie jest felieton przeciwko matkom

Cały tekst tu: http://wyborcza.pl/1,75515,17186914,Pampers_z_niespodzianka__To_nie_jest_felieton_przeciwko.html#ixzz3NHzZZa22

Jestem matką, on jest skierowany we mnie, choć chyba nigdy nie zmieniałam dziecku pampersa  na kanapie w restauracji. Agnieszka Kublik zakłada już w tytule, że wyłącznie matki zmieniają dzieciom pampersy. Nie: rodzice. Nie matki i ojcowie. Matki. Przemocowe matki pampersiary.  Nie mają w kiblu przewijaka, więc na bezczela przewijają dzieciaka na kanapie. Mogłyby przecież zabrać bachora do domu. Albo przewinąć wcześniej, przecież wiadomo, że dobrze wychowany bachor zrobiłby wszystko jak należy wcześniej. Nie zrobił? Nie wychowała matka. W Stanach nie do pomyślenia. Ciekawa jestem, w ilu publicznych miejscach w Stanach są przewijaki i pokoje dla rodziców z dziećmi. W Polsce w niewielu.

Dodatkowo urzeka mnie fragment o ten: „Dziś nie jesteśmy już szczególnie wyczuleni na małe dzieci np. w restauracjach”. Oczywiście, że nie jesteśmy na nie wyczuleni. Swiadczy o tym dobitnie zwłaszcza następne zdanie: „Już się przyzwyczailiśmy, że rodzice ciągną je ze sobą wszędzie”. Ciągną. Takie nienacechowane wyczuleniem słówko. Takie neutralne. PWN podaje, że ciągnąć to:
1. przesuwać, wlec lub przewozić kogoś, coś z wysiłkiem
2. pot. brać kogoś ze sobą, prowadzić dokądś, zwykle wbrew jego woli.

Więc rodzice ciągną te dzieci, to takie słodkie, takie dla Agnieszki Kublik rzeczywiście zwyczajne. Takie nieskierowane w matki ciągutki.
W knajpach, barach i restauracjach trafiają się różni ludzie. Tacy, którzy myją ręce i nie, tacy, którzy mlaskają, grzebią w zębach, są chamscy dla personelu, uciekają przed zapłaceniem rachunku i tacy, którzy zmieniają dzieciom pieluchy. Ale napisanie felietonu o dłubiących w zębach albo rozporku nie przyniesie topki w najczęściej czytanych tekstach. Napisanie czegokolwiek o matkach – owszem.

I tak, no tak. Kobieta kobiecie wilczycą. Sorry, wilkiem, rodzaj męski taki przecież kompetentny.

Zrzut ekranu 2014-12-29 o 13.16.58

 

 

to das auto nie jest dla dziewczynek

Jak to się stało, że pewnej soboty zabłądziłam do salonu Volkswagena? Cel nie mógł przecież być motoryzacyjny. Pewnie matrymonialny. Ewentualnie szukałam lusterka, przed którym mogłabym się umalować.

Znalazłam lajfstajlowy katalog GTI. A w nim. Ubrania! Konfekcja! Kubki!
Na którejś tam stronie – body. Smoczki. Bluza. Koszulka. Czapka. Otagowane jako „Także dla małych mężczyzn”. Oczywiście, że nie dla małych kobiet. Mała kobieto, znajdź se małego faceta w bodziaku GTI. To gra tak stara jak świat.

zdjęcie 2

zdjęcie 1

poczytam ci, dziewczyn[k]o

Wysokie Obcasy ruszyły z akcją „Książka, którą powinna przeczytać każda dziewczyn(k)a”. Jak pisze redakcja, „chcemy […] stworzyć listę książek, które warto przeczytać lub dać do przeczytania córkom”. Spontanicznie byłam skłonna się tą akcją zachwycić. Pomyślałam, że dzięki niej można wzmocnić wspólnotowość kobiet. Ja, kobieta, podpowiem kobietom młodszym o pokolenie, o dwa, o trzy, co mnie wzrusza, co mnie rusza, przy czym siedzę twardo dzień i noc, nie odrywając wzroku od druku. Ale po pięciu minutach zaczęły mnie uwierać pytania.

Czy czytanie ma płeć?
W pewnym wymiarze biologiczna płeć autora jest ważna, ale czy płeć czytelnika jest także ważna? Zakładając nawet, że tak – czy warto to wzmacniać? Czy nie ryzykujemy kolejnych podziałów, wyrwy pomiędzy światem dziewcząt i chłopców?

Dziewczęta od lat sięgają po książki „przeznaczone” dla chłopców. I robią to chętnie. Czy jest możliwy trend odwrotny? Chłopcy masowo sięgający po książki kojarzone z żeńskim odbiorcą? Dziewczęta nie od dziś czytają kryminały, powieści przygodowe, ale czy chłopcy docenią „Anię z Zielonego Wzgórza”? Musierowicz?
Nie. Jak sądzę.
Czy nie byłoby więc bardziej cenne odwrócenie tych list? Lotta dla każdego chłopca, Dzika Mrówka dla każdej dziewczyny?
Sztuczne?
Chyba nie mniej sztuczne niż tworzenie osobnych spisów lektur dla chłopaków i dla dziewczyn.
I umieszczanie na „żeńskiej” liście po raz enty Musierowicz, Siesickiej, Montgomery. One już są do gruntu „żeńskie”. Te listy – lektur dla chłopaków i lektur dla dziewczyn – są stworzone
w oparciu o stereotypy i wzmacniają stereotypy.

A jeśli już szukamy książek, które mogą mieć wpływ na doświadczanie kobiecości, dlaczego na tej liście nie ma Sheryl Sandberg, dlaczego nie ma Caitlin Moran, Ronji, córki zbójnika?

A, zapomniałam. Bo dziewczynka na pewno chce czytać, jak być dziewczynką. Do czego innego potrzebowałaby literatury?

spojler

Katalizator?
Przeczytałam wczoraj o rodzicach i dzieciach leczących się w Centrum Zdrowia Dziecka
w Międzylesiu.
Tu link http://wyborcza.pl/1,87648,16280599,Chore_dzieci_i_zasady.html#TRNajCzytSST#ixzz36ou0MUIXProlajfowcy.

Jestem matką. Jestem feministką.
Będę tu pisać o tym, że matka jest kobietą. O tej zdublowanej marginalizacji. Dyskryminacji ze względu na płeć i na rolę.

Będę monotematyczna.
Będę subiektywna. Oraz wybiórcza. A także radykalna.

Jestem matką, a to jest mój zin.